Przejdź do treści

Majestatyczny śnieg

Okey… po prostu to powiem. Nie lubię śniegu. Dłuuuga pauza.

Nie, inaczej.

Śnieg kocham, szczególnie ten pierwszy, jego zapach, dotyk, ulotność. Jest dobrą metaforą najpiękniejszych momentów w życiu. Jak zatem można nie lubić śniegu? Znacie z YouTube'a tę “Historyjkę o domku w Karkonoszach” (PEGI 18 - język)?

Oto moja wersja historyjki. Wersja enduro-żółtodzioba:

Za oknem tak pięknie, biały puszek jak kołderka przykrywa trawkę. Siedzisz na wygodnej kanapie z kubkiem gorącej herbaty i oglądasz na YouTube jak enduro fani bawią się w śniegu. Oh jak to świetnie wygląda! A śnieg? Bosko, przecież to jak poduszka powietrzna w razie przewrotki. Zerkasz przez okno. Mieniący się śnieg odbija się w twym oku. Mówisz sobie: to jest to.

Zamaszyście zrzucasz z siebie wydziergany na drutach babci kocyk. Ochoczo wyskakujesz z kanapy, stawiając ciało do pionu. Wypinasz pierś do przodu, zaciskasz pięść i powolnym skinięciem głowy i dziwnie wykrzywionymi ustami mówisz sobie: "to jest ten dzień, jestem gotów na nowe wyzwanie".

Nim się obejrzysz - już jesteś w garażu, ubrany ciepło, wyprowadzasz dwukołowego dzikusa. Dosiadasz dumnie i jedziesz.

Ojojoj, jak ślisko. Zauważasz. Rozluźniając zacisk prawej dłoni, bierzesz wdech i dostosowujesz się do warunków. Pryk, pryk, pryk. Coś za wolno, tak się nie da. Więc odkręcasz gazu i czujesz jak tylne koło wyprzedza przednie. Leżysz.

Okey, przecież nie pierwszy nie ostatni raz. Wstajesz, otrzepujesz siebie, podnosisz dzikuska, siadasz i jedziesz dalej.

Pryk, pryk, pryk, ciut szybciej, znowu koło chciało uciec. Ale tym razem już udało się opanować gumowego cwaniaczka.

Widzisz górkę. O! tego mi trzeba było. Zdobędę ją. Może nawet flagę wbiję na szczycie w imię zdobycia.

Nabierasz rooozpędu... ups ślizg. Jeszcze raz nabierasz rooozpędu, czujesz pochylenie, i bam - jak struś nurkujesz w dziurę korzenną, którą zasłonił ten rypany śnieg.

I taki cykl powtarza się jeszcze kilka razy w różnych warianach poziomo-pionowo-katapultowych, aż w końcu masz już dość. I przyznajesz, że oprysk tego białego lokalnego, podwórkowego shitu, nie ma nic wspólnego z dostojną białą kołdrą z YT, a łatwość z jaką enduro jeźdźcy z niebieskiego ekranu to robią… bijesz się w pierś… instagram vs. reality …. vs. żółtodziób.

Wracasz do domu. Ziemia jakby twardsza, coraz bliżej miasta, coraz mniej śniegu "dobrze się jedzie" - myślisz. Trzy, dwa, jeden - hop zrzutka. Gleba. Chwilę sobie siedzisz na tej zamarzniętej glebo-koleinie, twardszej od betonu. Masujesz obolałe biodro i przez chwilę wbijasz zawieszony wzrok w ziemię. Ten niby-śnieg ukrywa nie tylko wystające korzenie, ale oblodzone i skostniałe koleiny. Rypana zima… tyle z majestatycznego śniegu i zabawy. #żółtodziób

;) Wracam pod kocyk i czekam na wiosnę!

Edit: 24h później…